|
To praca, w której
zamiast pretensji kontrahentów słyszy się podziękowania.
Trzeba tylko umieć przekonywać firmy, że dzielenie się pieniędzmi
może uszczęśliwić.
Ewa Sobczyk jest z wykształcenia
japonistką. Od sześciu lat działa w stowarzyszeniu Wiosna, znanym
m.in. z organizacji akcji "Świąteczna paczka". Początkowo
zajmowała się w Wiośnie wszystkim: była jednym z jej założycieli,
pierwszym pracownikiem, pierwszym dyrektorem. Od dwóch lat
zajmuje się w stowarzyszeniu głównie fundraisingiem. -
Zdobywanie pieniędzy wymaga profesjonalnych działań. Dlatego
wydzieliliśmy do tego celu osobny dział - tłumaczy.
Ciągła walka o pieniądze hamuje
rozwój wielu organizacji. - Często ludzie pracujący w
organizacjach są tak zajęci zdobywaniem pieniędzy, że na nic
innego nie mają już czasu. Jeśli zgłosi się do nich kolejny
potrzebujący, to będzie to dla nich kłopot - potwierdza Robert
Kawałko, prezes powstałego dwa lata te-mu Polskiego Stowarzyszenia
Fundraisingu (PSF). - Chcemy, żeby w każdej organizacji pracował
człowiek, który będzie troszczył się o pieniądze -
deklaruje.
Polowanie na sponsora
Jednym z
bardziej spektakularnych sukcesów Roberta Kawałki w pracy
jako fundraiser było przekonanie w ciągu 15 min prezesa firmy, żeby
przeznaczył na rozwój organizacji pozarządowej 10 tys. euro.
Jak przekonać to zrobić? Fundraiserzy mówią, że aby być
skutecznym, trzeba przede wszystkim identyfikować się z
organizacją, dla której się pracuje, i wierzyć, że jej
projekty warte są wsparcia. - Najważniejsza jest pasja - przekonuje
Ewa Sobczyk.
Choć to nie wystarczy. - Typowanie
potencjalnych sponsorów i darczyńców oparte jest na
analizie danych dotyczących działalności prospołecznej tych firm
- tłumaczy Piotr Pogon, od trzech lat pracujący jako fundraiser w
fundacji Mimo Wszystko. Przedstawiciele firm, z którymi się
spotyka, doceniają merytoryczne przygotowanie, zawsze też w
rozmowie oczekują konkretów. Przedsiębiorców można
przekonywać do wpłat, mówiąc o poprawie wizerunku lub
ulgach podatkowych. - Jednak darczyńcy najbardziej liczą na
docenienie ich gestu - ocenia Pogon.
Czasem jest to tablica
pamiątkowa na budynku, którego budowę współfinansowali,
czasem zwykłe podziękowania. Dają się przekonać, gdy dzięki
temu mają szansę pozostawić po sobie coś trwałego i widzą sens
swojej pomocy (np. mogą zobaczyć konkretną protezę kupioną za
ich pieniądze).
Fundraiser ma zresztą obowiązek informować
darczyńców, w jaki sposób ich pieniądze zostaną
spożytkowane. Darczyńca ma prawo do tej informacji, ale działa tu
też prosta psychologiczna zasada. Jeśli ludzie wiedzą, że ich
datki zostały dobrze wykorzystane, będą skłonni poprzeć
organizację po raz kolejny. Dlatego fundraiser nigdy nie zrywa
kontaktów z darczyńcami. A nawet potencjalnymi darczyńcami,
istnieje bowiem zasada, że temu, kto odmówił za pierwszym
razem, będzie trudniej zrobić to po raz kolejny. W tym zawodzie
niezbędna jest więc konsekwencja.
Czasem przeważa jedno
właściwie dobrane słowo. Na szkoleniach fundraiserzy przechodzą
tzw. test windy - muszą w ciągu 30 s przekonać do udzielenia
wsparcia swojej organizacji osobę spotkaną w windzie. Ale w tym
zawodzie nie warto manipulować rozmówcami. W październiku
2006 fundraiserzy z 26 państw przyjęli Międzynarodową Deklarację
Zasad Etycznych w Fundraisingu. Polscy fundraiserzy przywiązują do
niego bardzo dużą wagę. - Ten zawód może się
skompromitować tylko raz. Potem nikt nam już nie zaufa - mówi
Robert Kawałko. Nie wszystkich uda się przekonać. Dlatego mówi
się, że fundraiser musi pokochać dwa słowa: "dziękuję"
(nawet tym, którzy odmówili) oraz "nie".
Lek
na wypalenie
- Zatrudnienie fundraisera to długoterminowa
inwestycja, na efekty jego pracy trzeba czekać. Najpierw buduje on z
darczyńcami dobre relacje, czyli kapitał społeczny organizacji, a
pieniądze przychodzą później. Dlatego radzimy organizacjom,
by tworzyły wieloletnie etaty dla fundraiserów - mówi
R. Kawałko. Fundraiser oczekiwać może zatem stabilnego
zatrudnienia. Wynagrodzenie zależy od tego, dla jakiej organizacji
lub instytucji będzie pracował, jednak raczej nie ma tu wielkich
pieniędzy. Najważniejsza zasada: fundraiser zawsze pobiera stałą
pensję, a nigdy prowizję czy procent od zebranych przez siebie
funduszy. Piotr Pogon mówi, że najczęściej wynagrodzenie
wynosi około połowy średniej płacy krajowej. Dobrzy fundraiserzy
są jednak poszukiwani - za o wiele większe pieniądze - także w
innych krajach UE.
W USA i krajach UE fundraiserzy znajdują
zatrudnienie w uczelniach, szpitalach, instytucjach kulturalnych. Aż
56 proc. budżetu nowojorskiego Metropolitan Museum of Art stanowią
darowizny i granty (dotacje miasta to 14 proc.). Bartłomiej Pawlak,
który pisał pracę magisterską o fundraisingu, od trzech lat
pracuje jako fundraiser Szpitala Uniwersyteckiego w Krakowie. W jego
dziale pracują obecnie dwie osoby. W USA dla porównania-
nawet 30 osób, a zebrane przez nich fundusze to 20 proc.
budżetu.
W polskim sektorze publicznym potrzeb jest, jak
wiadomo, bardzo wiele, dlatego Pawlak jest przekonany, że w
państwowych instytucjach będzie powstawało coraz więcej komórek
wyspecjalizowanych w fundraisingu. Już niedługo polscy fundraiserzy
będą mogli uzyskać Europejski Certyfikat Fundraisingu - po odbyciu
300-godzinnego kursu, który prowadzić będzie PSF. Mówi
się również o otwarciu podyplomowych studiów z
fundraisingu. Na razie PSF szkoli trenerów, którzy będą
przygotowywać zarządy organizacji do pracy z fundraiserami.
Chętnych nie brakuje. W USA i Europie fundraiserami stają się
bardzo często osoby dojrzałe, w wieku około 40-50 lat.
Przekwalifikowanie na fundraising to dobry sposób na wypalenie
zawodowe. Piotr Pogon, prowadził przez 12 lat agencję reklamową i
do fundacji Mimo Wszystko trafił po kilku poważnych zakrętach
życiowych. - Każdy, kto jest zmęczony pracą w komercyjnej firmie,
a do tego ma żyłkę PR-owca czy marketingowa, powinien brać się
za fundraising - mówi dziś.
Nie bez powodu
fundraiserzy nazywają siebie pośrednikami dobra. Są świadkami
szczęścia obdarowywanych, ale także tych, którzy dają.
Piotr Pogon do dziś wspomina darczyńcę, który tłumaczył
mu, że przekazanie pokaźnej kwoty na pomoc komuś potrzebującemu
sprawiło, że choć przez jeden dzień poczuł się lepszym
człowiekiem.
Autor: Aleksandra Soboń-Smyk
Źródło: Gazeta
Wyborcza, 2008-03-03
|