Dziennik Polski 2010-04-02
Akwizytorzy dobroczynności
Drżyjcie potencjalni darczyńcy, bo rosną prawdziwi fachowcy od zdobywania waszych pieniędzy...
Rozmowa z ROBERTEM KAWAŁKĄ - prezesem Polskiego Stowarzyszenia Fundraisingu
Podobno Pan wie, jak w ciągu kilku tygodni ze 100 złotych zrobić 70
tysięcy?
- Byłbym milionerem, gdybym to wiedział. Jednak znam kogoś, kto wie.
- Kto to taki?
- Na przykład siostra Elizeusza.
- Kto?!
- Siostra Elizeusza - karmelitanka z Wrocławia. To ona wie jak w ciągu
kilku tygodni ze 100 złotych zrobić 70 tysięcy. Jej wyczyn można uznać
za wzór skutecznego fundraisingu, choć oczywiście nie jest typową
fundraiserką.
- A coż to takiego, fundraising?
- To zdobywanie pieniędzy od darczyńców na jakiś konkretny cel -
najczęściej uznawany za pożyteczny. Wrocławskie karmelitanki zauważyły,
że w ich klasztorze woda przecieka przez zniszczony dach i leje się po
ścianach - jak to obrazowo i przerażająco opisały - przez "puszki od
prądu". Wyliczyły też, że na rozpoczęcie remontu potrzeba 30 tysięcy
złotych. Założyły stronę internetową "znajdz30zlotych.pl", co mogło
kosztować ok. 100 zł. Nie trzeba być wybitnym matematykiem, aby
wyliczyć, że wystarczy tysiąc osób, które dadzą po 30 zł i uzbierać te
30 tys. zł potrzebne na początek. Nietrudno też zgadnąć, że przez kilka
tygodni uzbierało się ponad dwa razy więcej.
- To mi wygląda po prostu na zakonną kwestę, a nie żaden cudzoziemski
fundraising...
- Fundraising to profesjonalne zdobywanie funduszy, a fundraiser to nowy
zawód. Jeśli komuś przeszkadza ta angielszczyzna, może mówić po prostu:
specjalista do spraw pozyskiwania funduszy. Taki wpis widnieje w tej
chwili na liście zawodów Ministerstwa Pracy. Wcześniej był to
specjalista ds. pozyskiwania funduszy unijnych, ale za kilka lat
pieniędzy z UE będzie mniej, a fachowcy od szukania funduszy pozostaną.
Skrócono więc ministerialny zapis. Ja wolę mówić o fundraisingu, bo tak
to nazywają na całym świecie, nawet w Rosji i we Francji, a szczególnie w
Stanach Zjednoczonych, gdzie bez fundraiserów nie może funkcjonować
żaden uniwersytet, szpital, fundacja czy kościół. Za oceanem zrzeszonych
fundraiserów jest ponad 30 tysięcy.
- Czy siostra Elizeusza wie, że jest wzorową fundraiserką?!
- Teraz już wie, choć pewnie śmieje się z tego. Jednak to, co zrobiły
wrocławskie karmelitanki, wyczerpuje wszelkie znamiona fundraisingu. Ich
przekaz był prosty, transparentny, sympatyczny i całkowicie uczciwy.
Jak to mówią - bez żadnej ściemy. A do tego siostra Elizeusza
wykorzystała w profesjonalny sposób bazę danych osobowych, którą
dysponowała. Rozesłała swoją prośbę na listę mailingową, którą miała we
własnym komputerze. Następnie ci wszyscy znajomi siostry Elizeuszy
rozesłali e-maile do swoich znajomych i tak uruchomiono lawinę.
- Nie przekona mnie Pan, że wszyscy nagle zaczęli przelewać pieniądze na
konto sióstr, o których, być może, wcześniej nawet nie słyszeli... -
Nikt od razu nie daje pieniędzy.
Ci darczyńcy najpierw weszli na stronę internetową i tam znaleźli prosty
przekaz o siostrach, które mają 405 zł dochodu na osobę i zrujnowany,
przeciekający dach.
- No dobrze, to po prostu prośba sióstr, które znalazły się w trudnej
sytuacji. Gdzie tutaj profesjonalny fundraising?
- Proszę - oto cytat - dalszy ciąg krótkiego przekazu sióstr:
- Pan Jezus w Ewangelii mówi, żeby nie przystępować do budowania "nim
wpierw się nie siądzie i nie obliczy kosztów, czy się ma na wykończenie"
(Łk 14,28). Otóż, usiadłyśmy i policzyły. Szukamy 1000 życzliwych osób,
które zechcą nam podarować 30 zł... Na koniec siostry zapewniają, że
będą się modliły za darczyńców, dzięki którym już wcześniej mogły:
"zakupić węgiel na zimę, pomalować kilka pomieszczeń, wykarmić kury,
kosić ogród otrzymaną kosiarką". Dodatkowo możemy na stronie
internetowej obejrzeć te wszystkie paskudne zacieki spowodowane
zniszczonym dachem.
- Konkretne te siostry...
Proszę zwrócić uwagę: siostry w prosty sposób przedstawiły swoją
sytuację; napisały, na co dokładnie chcą wydać otrzymane pieniądze i
systematycznie informują o tych wydatkach wszystkich darczyńców,
nawiasem mówiąc publikując ich inicjały i nazwy miejscowości, z których
pochodzą. Potencjalny darczyńca nabiera zaufania, gdy widzi, że proszący
wie, czego chce; że dokładnie wyliczył, ile potrzebuje; że bezpośrednio
opisuje swoją sytuację i informuje o wykorzystaniu otrzymanych
pieniędzy.
- Skuteczny fundraiser to ktoś, kto jest skrupulatny do bólu i nie owija
niczego w bawełnę?
- Tak. Nawet tego, ile zarabia. Na prośbę darczyńcy fundraiser powinien
ujawnić swoje zarobki.
- Ile więc zarabia profesjonalny fundraiser?
- Słyszałem o księdzu z Kanady, który chciał zbudować świątynię. W
Kanadzie każdy wie, że ksiądz jest raczej od posługi religijnej, a od
zbierania funduszy są fundraiserzy. Wynajął więc ten kanadyjski
proboszcz kilku fundraiserów - tzw. wolnych strzelców. Nie chciał
angażować gotówki, więc umówił się z nimi na 20 proc. prowizji od kwoty,
którą uzbierają.
- Ile potrzebował?
- No właśnie... Potrzebował ok. 3 mln dolarów. Fundraiserzy byli
fachowcami - zebrali te pieniądze. Jednak zainkasowali 20 procent -
proszę to sobie policzyć. Ktoś powie - wszystko w porządku, wilk syty,
owca cała, umowa wykonana. Ale czy darczyńcy rzeczywiście będą
zadowoleni, gdy dowiedzą się, że 20 proc. od ich donacji idzie do
kieszeni fundraiserów?
- Powiem wprost - gdybym znalazł się wśród tych darczyńców, byłbym
wściekły...
- Dlatego w kodeksie etyki fundraiserów - a taki kodeks istnieje -
zapisano, że fundraiser nie powinien mieć procentowej prowizji od
zdobytych funduszy, tylko stałą pensję, najlepiej w formie zwykłego
etatu - takiego z ZUS-em.
- Jakie to nienowoczesne!
- Nienowoczesne, ale uczciwe. Gdy fundraiser jest na prowizji, wcześniej
czy później znajdzie się w kon?ikcie z pracodawcą. Osoby zarządzające
fundacją czy jakąkolwiek inną organizacją zabiegającą o fundusze, nie
będą akceptowały wielotysięcznych dochodów kogoś nawet najbardziej
skutecznego w sytuacji, gdy darczyńcy spodziewają się wykorzystania
pieniędzy zgodnie z celem wskazanym w statucie. Powiem tak: w sytuacji,
gdy fundacja czy stowarzyszenie dopiero zaczyna i nie ma środków na
stałą wypłatę dla fundraisera, może się na jakiś czas umówić na
prowizję. Ale na krótko! Później trzeba podpisać zwyczajną umowę o
pracę.
- Z jaką pensją?
- Zasada jest prosta - pensja fundraisera powinna być akceptowalna dla
pozostałych pracowników organizacji, dla której pracuje. W Polsce, w
2010 roku to najczęściej będzie netto od 2 do 3,5 tys. złotych.
Oczywiście wyjątkowo skuteczny fundraiser zbierający miliony może liczyć
na wynagrodzenie porównywalne z tym, jakie miałby w dużej firmie, czy
specjalne nagrody w formie premii, ale nadal nie mogą to być jakieś
kosmiczne pieniądze. Gdy fundraiser nabierze doświadczenia, jego
wynagrodzenie powinno rosnąć, ale tylko na tyle, aby nie wzbudzało
zażenowania darczyńców.
- Mam wrażenie, że dla wielu ofiarodawców - zwłaszcza tych, którzy nie
są właścicielami wielkich firm - jakiekolwiek wynagrodzenie dla osoby,
która zabiega o datki, będzie trudne do zaakceptowania...
- No to ja zapytam, z czego ma żyć osoba pozyskująca fundusze dla
organizacji charytatywnej? Przecież fundraiserzy mają rodziny, dzieci.
Stereotyp studenta wolontariusza zwykle nie pasuje do obrazu
fundraisera, choć i tu mogą być wyjątki. Fundraiser to ktoś, kto przez
wiele lat zdobywa dokładną wiedzę o potencjalnych darczyńcach; stara się
do nich dotrzeć, często też zawrzeć dłuższą znajomość. Najlepszym
źródłem dochodu dla organizacji nie są jednorazowe "złote strzały", lecz
stałe, systematyczne darowizny. Fundraiser nie improwizuje. Fundraiser
pracuje u podstaw. To robota organiczna. Gdy rozmawia z prezesem dużej
firmy, nie może na żadne pytanie odpowiedzieć: "Nie wiem". Prezes firmy
paliwowej chce, aby fundraiser przekonał go, dlaczego właśnie on ma
wesprzeć dzieci z sąsiedniej miejscowości. Przedsiębiorca nie chce
oglądać proszącej miny zbitego psiaka - spodziewa się raczej konkretnej
rozmowy, w której więcej będzie liczb niż czułych słówek.
- Ilu takich profesjonalnych fundraiserów działa już w Polsce?
- Tak jak powiedziałem - to nowy zawód. O fundraisingu mówi się od
czterech, najwyżej pięciu lat. Fundraiserów w Polsce może być kilkuset,
choć wielu z nich pełni jeszcze inne funkcje w organizacjach, z którymi
są związani. Oczywiście fundraiserami są także Anna Dymna, Jurek Owsiak
czy Janina Ochojska, ale to wyjątkowe przypadki. Tymczasem zawodu
fundraisera może się nauczyć każdy, kto lubi ludzi i potrafi zaangażować
się w sprawę, którą reprezentuje.
- W raportach największych i najbardziej popularnych fundacji już
znajdujemy pozycje na liście płac, określane mianem "fundraiser"...
- Myślę, że z czasem grupa takich specjalistów wyodrębni się jeszcze
bardziej ze struktur organizacji społecznych. Zresztą nie tylko tych
organizacji - w USA przeciętny uniwersytet ma po kilkudziesięciu
fundraiserów, którzy nie robią nic innego, tylko zdobywają darowizny -
głównie od absolwentów. W polskich uczelniach są osoby zajmujące się
promocją, marketingiem, ale etatowych fundraiserów wciąż nie ma. To
chyba jeden z powodów braku pieniędzy w naszym szkolnictwie wyższym. Z
punktu widzenia amerykańskich uniwersytetów, polskie szkoły wyższe
dopuszczają się marnotrawstwa. W USA fundraiserzy pracujący dla
uniwersytetów docierają do absolwentów i zamieniają wielu z nich w
regularnych darczyńców rywalizujących o pierwszeństwo w hojności. Choć
ktoś może uznać to za wisielczy humor, ostatecznym sukcesem fundraisera
będzie namówienie leciwego absolwenta do testamentowego zapisu na rzecz
uczelni. Zapisów "ostatniej woli" są w Ameryce co roku tysiące, bo
wdzięczność dla takich darczyńców trwa przez pokolenia. Przytoczę tu
tylko przykład Beniamina Franklina, który w swym testamencie zapisał po
ok. 2000 dolarów Bostonowi - gdzie się urodził - i Filadelfii - gdzie
mieszkał pod koniec życia. W tym zapisie zawarł warunek, że nie naruszą
tych kwot przez 200 lat. Gdy w roku 1990 minął wyznaczony czas, okazało
się, że na koncie Bostonu są 2 miliony dolarów, a na koncie Filadelfii 5
milionów. I pomyśleć, że każdy z nas mógłby zapisać swojej ulubionej
organizacji, np. 1000 zł na przyszłość?
- Czy w Polsce już były jakieś szczególnie spektakularne darowizny
wypracowane przez fundraiserów? Czy krąży po kraju jakiś legendarny
fundraiser, któremu nie potrafią odmówić najbogatsi?
- Taka spektakularna darowizna była dwa lata temu, ale miała raczej
charakter transgraniczny. Zygmunt Solorz-Żak podarował klinice w
Monachium 100 mln euro. Myślę, że w naszym kraju najbardziej skutecznymi
fundraiserami wciąż są twarze kojarzone z pewnymi przedsięwzięciami -
wspomniani Anna Dymna, Jerzy Owsiak czy Janina Ochojska. Powiem z
uśmiechem, że prawdziwym diamentem jest też Radio Maryja. Stałoby się
brylantem, gdyby poddało się obróbce zgodnej z regułami kodeksu
fundraisingu. Tak czy inaczej czas fundraisingu dopiero nadchodzi.
Europa odkrywa fundraising na wzór anglosaski - szczególnie amerykański.
- Kieruje Pan Polskim Stowarzyszeniem Fundraisingu. Czy wcześniej był
Pan fundraiserem - praktykiem?
- Oczywiście - przez kilka lat pozyskiwałem fundusze dla dwóch znanych
organizacji charytatywnych, ale zaczynałem już w szkole średniej w
Krakowie, gdzie udawało mi się stale znajdować pieniądze na działalność
drużyny zuchów. Tak to się zaczęło - dawno temu, gdy jeszcze nawet mi
się nie śniło, że będę zawodowo zajmował się fundraisingiem. Teraz
szkolę przyszłych fundraiserów. Rozpoczynamy szkolenia współfinansowane
przez UE. W ciągu najbliższych dwóch lat wypuścimy na polski rynek około
120 fundraiserów z europejskimi certyfikatami. Drżyjcie potencjalni
darczyńcy, bo to będą prawdziwi fachowcy od zdobywania Waszych
pieniędzy... Rozmawiał JACEK ŚWIDER
|